Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono
Uparty centrolewicowiec, niedogmatyczny liberał i gospodarczy i obyczajowy, skłaniający się raczej ku agnostycyzmowi, fan F.C. Barcelony choć nick upamiętnia Ferenca Puskasa gracza Realu Madryt email: gamaj@onet.eu

Wpisy z tagiem: Madame Libera Piotr Siemion

piątek, 05 lutego 2010
Duduś w pogoni za swoją Madame

Sensacja w Polsce… rzecz znakomicie napisana i zmuszająca do myślenia. Można ją czytać naraz jako thriller, fascynującą historię miłosną, a także jako komiczną powieść polityczną i społeczną satyrę. Spełniając bardzo wysokie standardy artystyczne, daje głęboki wgląd w rozmaite dziedziny i sprawy psychologii wieku młodzieńczego po ideologicznej klęsce komunizmu. 

Stanisław Barańczak (o wydaniu amerykańskim)

 

Ożywcza, nadzwyczaj zajmująca książka…lubiłby ją sam Stendhal. A gdyby znał polski, mógłby ją też napisać.

 The Washington Post

 

Wspaniałe, rzadkie osiągnięcie… Najlepsze dzieła literackie na ogół opowiadają proste historie; do panteonu wielkiej literatury wprowadza je sposób, w jakim są opowiedziane.

 Los Angeles Times 

 

Intuicja podpowiada, by nie wierzyć reklamom, nawet jeśli posługują się recenzjami. Ale cóż robić, skoro taaakie tuzy aż taaak wychwalają? Ano nic, po prostu nadal wierzyć intuicji; w końcu od czegoś ją mamy. Jednakże, parafrazując pewnego, kultowego Żyda: kto nie ryzykuje, ten nie je, więc może warto czasami spróbować, wszak zawsze można trafić na smaczny kąsek. Madame smaczna jednak nie jest. Owszem, słodka, lukrowana, ręcznie zdobiona francuską dedykacją, jak od Bliklego. Ciastko jednak staje w gardle wszystkim tym, którzy z lat 60tych nie pamiętają smacznych wuzetek, a jedynie śmietanę z cukrem smarowaną przez babkę na czerstwej pajdzie chleba. Na pewno kiedyś jedliście takie rarytasy i na pewno za nimi tęsknicie.

Łatwo mnie przekupić monetą sentymentu, nostalgii, zwłaszcza za czymś, co, nie wiem, może ledwie parę lat temu wymknęło się z rąk i na oczach moich, i moich przyjaciół, kruszy się w dłoniach, rozpływa w powietrzu. Łatwo mnie przekupić nawrotem ku pamięci, dziecięcej mitologii, nawet jeśli, to oznaka całkowitej i bezwarunkowej kapitulacji przed „tu i teraz”. Ale Antonie Libera mnie nie przekupił. W opowieści opozycjonisty, który ukrywając się na strychu podczas stanu wojennego, wspomina czas matury i związaną z nią miłość do nauczycielki francuskiego, co w konsekwencji pchnie go do śledztwa i próby osaczenia owej, szkolnej madame, nie wynika nic, poza kilkoma anegdotami i niesmakiem w ustach.
I bynajmniej nie chodzi o, w gruncie rzeczy, niewinne „podglądactwo”, ale o osobę podglądacza. Podglądacza, który miał być taki och, ach, wykształcony, oryginalny swym przedwojennym come il faut i w ogóle taki au courant, a jest przemądrzałym, irytującym gówniarzem, który wszystko wie lepiej, a rówieśnikami gardzi nie mniej niż całym PRL-em. O którym, zresztą też, wie niemal wszystko, tak jakby już wieku 18 lat miał lat co najmniej 40. Widać narrator Libery nie mógł się powstrzymać, by swoich ówczesnych poglądów nie wtłaczać chłopcu sztucznie do głowy, który przecież, mimo słuchania przez rodziców Wolnej Europy, miał jeszcze czas, by nie wszystko do końca zrozumieć.

I właśnie ów stary-malutki, wielbiciel poezji, teatru, z bezbłędnym, konserwatywnym gustem, prychając na Simone de Beauvoir i mówiący wierszem, ma być bohaterem, któremu
z sympatią będziemy przyglądali się, jak prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej madame. Ale jak tu sympatyzować z kimś, dla kogo nawet miłosna przygoda, była efektem, nie tyle młodzieńczego uniesienie, co chęci odróżnienia swej fascynacji od fascynacji klasowego motłochu,  przejawiającego się elitaryzmem w najgorszym wydaniu.  Będę od nich lepszy i Cię rozpracuje, madame – myśli nasz maturzysta, a ty sycząc przez zęby dodajesz – oby ci się nie udało, Francuziku z bożej łaski. W tym sensie, z jednej strony  podobny jest do bohatera „Lali” Jacka Dehnela, przynajmniej tak, jak go widzi Eliza Szybowicz, a z drugiej do Dudusia z „Podróży za jeden uśmiech”. Zdaje się, że mają nawet taki sam wyraz twarzy.

Język Madame, mający być zaletą owej dygresyjnej powieści (bo w pewnej mierze to też powieść dygresyjna) niestety nie odbiega od charakteru swego bohatera, co jednak w takim przypadku uznać by można nawet i za pewną konsekwencję. Zdania są ugrzecznione, uładzone, autor nie zostawia miejsca na wyobraźnie, myśli z filologiczną precyzją (tj. nudą) rozkładane są na czynniki pierwsze i tłumaczone tak, jakby czytelnika miało się za niepotrafiącego ogarnąć zwykłych związków przyczynowo-skutkowych. Do tego gazetowe zbitki słowne (jeśli riposta to cięta, jeśli ironia to jadowita, a jeśli wizja to oczywiście od razu koszmarna) poprzetykane są fachowymi terminami muzycznymi, które jeszcze dobitniej wskazują, na jakim to wysokim C śpiewa nasz złoty chłopiec. Tyle, że owe zdania zapięte na ostatni guzik, niczym nie różnią się od zdań pana Konstantego (wyciętego niemalże wprost z żurnala), czy samej Madame, więc wszyscy tu są tacy sami, w gruncie rzeczy, mili, uczynni, słowem, gdyby nie PRL to atmosfera jak w Zielonej Górze u dr Burskiego. Zresztą PRL też jakoś komicznie strachliwy, niby zło, które czai się wszędzie i państwo, co „wysuwa kły”, ale sekretarki w dziekanacie uczynne i rozplotkowane, zupełnie jakby żyły w maglu, a nie zniewolonym państwie, co zmusza Jerzyka do kapowania i krycia przemytu długopisów. Jeśli więc Stanisław Barańczak widzi tu społeczną satyrę i komiczną powieść polityczną, to chyba jako niezamierzoną autoparodię, gdzie rządom Gomułki mimowolnie oddano więcej pudru, niż szarzyzny i błota, w którego to brudzie, narrator widział beznadziejny, popaździernikowy PRL.

Nie mniej jednak nie znaczy to, że Madame czyta się źle, że stylistycznie zgrzyta i znudzi każdego. Dla tych, którzy lubią niesamowite przeżycia chłopców z dobrych domów, co przeistaczają się w szlachetnych, konserwatywnych rycerzy, bo wiedzą, że kiedyś, to były czasy, a o kobiety i uczucie trzeba walczyć, jak u Racina albo Szekspira, Madame, ze swoimi cytatami, i kryptocytatami może się zdać urzekająca. Choćby właśnie ze względu na romantyczną grę, którą podejmuje z bardziej lub mniej oczytanym partnerem, wszak być może owym mitycznym, idealnym czytelnikiem tej książki, nie jest, jak z obecnym premierem i on po prostu nie wychował się na podwórku. Tylko od razu urodził się w bibliotece lub filharmonii.

„Madame” Antoni Libera wyd. II, Znak 2008      

Patrz też świetne http://niniwa2.cba.pl/madame.htm