|
Ostatnie notki
|
wtorek, 09 lutego 2010
Utylitarnie o papierosach
Zdaje się, że nikt, poza garstką bliżej mi nie znanych narwańców, nie postuluje zakazu palenia papierosów we własnym domu. Ja przynajmniej o takich nie słyszałem. Pewnie dlatego, że po pierwsze, ludzie cenią sobie wolność w tzw. sferze prywatnej, i po drugie, wolność tę ograniczają, tylko wówczas, gdy ta zagraża innym wokół. Słowem, granice wolności rozumieją na sposób utylitarny. Gdyby rozumieli ją inaczej, dajmy na to, tak, jak wolność rozumieją, choćby przeciwnicy eutanazji, to zgodnie z zasadą: Twoje życie nie należy w pełni do Ciebie, powinni zakazać palenia papierosów w domu. Wszak, już nawet nasi bracia Amerykanie, zrozumieli, że papieros radykalnie szkodzi zdrowiu i przybliża nas do spotkania z Kostuchą. Rzec jednak można, iż tak rozumiany utylitaryzm, bronią jest obosieczną. Wszak skoro chcącemu nie dziej się krzywda, a interweniować można, tylko wówczas, gdy krzywdzący jednocześnie krzywdzi innego, to co z sytuacją świadomego palenia w oznakowanym miejscu publicznym? Skoro mogę się truć do woli, bylebym nie truł tych, którzy sobie tego nie życzą, tak, jak do woli mogę się eutanazjować, bylebym innym, wbrew ich woli, tego nie robił, to co za problem palić papierosy w knajpach przeznaczonych tylko dla palaczy? Przecież to tak, jak palić u siebie w domu. Owszem, argument ten byłby słuszny, ale tylko wówczas, gdyby ratio legis zakazu leżało jedynie w utylitarnym volenti non fit iniura. Tymczasem zakaz spowodowany jest, nie tyle paternalistycznym traktowaniem zdrowia palacza, co wynikiem założenia, iż miejsce publiczne pełni określoną (publiczną właśnie) funkcję. Funkcję zwaną również funkcją użyteczności publicznej, a więc poniekąd także funkcją utylitarną. Ów publiczny utylitaryzm sprowadza się do tego, iż miejsce publiczne dostępne powinno być dla każdego, a więc i dla tych, którzy smrodem papierosowym się brzydzą. Trafnego, tylko na pozór populistycznego, określenia, użył na swoim blogu Wojiech Orliński, porównując to (choć w nieco innym kontekście) ze swobodą podróżowania w I klasie przez czarnoskórych mieszkańców USA. Skoro bowiem istnieją miejsca publiczne, a pub, restauracja czy pociąg, jest takim miejscem, to tak, jak przed zakazem wpuszczania, tudzież lżenia gejów, rudych i czarnoskórych się musisz powstrzymać, tak powstrzymać się musisz, ze smrodzeniem komuś ubrań, które zaraz potem trzeba przecież prać. Miejsce publiczne jest dla każdego. Oczywiście milczącym założeniem jest to, że nawet człowiek chory, jakim jest uzależniony palacz, owe parę godzin się powstrzymać może, co z kolei rodzi problem rozwiązania dla tych, którzy, z racji swych zajęć, powstrzymywać się muszą cały czas. Dlatego też owym uzależnionym, którzy, niczym pacjenci w szpitalnej toalecie, ćmią mimo zakazu, powinno wyznaczyć się specjalne, zamknięte pomieszczenia w sferze publicznej. Na takiej samej (znowu utylitarno-prewencyjnej) zasadzie rozdawania narkomanom czystych strzykawek. PS Nadal jednak nie rozwiązuje to teoretycznego problemu, a mianowicie: czemu nie ma zakazu puszczania bąków w miejscach publicznych?
poniedziałek, 08 lutego 2010
Zanudzim Dehnelem
W życiu przeczytałem 2 felietony Jacka Dehnela. Oba były banalne (to nie grzech), nieśmieszne (to już gorzej) i nabzdyczone (no, to już kaplica). Pierwszego z nich nie pamiętam. Parę dni temu, w „Polityce”, przeczytałem drugi. O Krytyce Politycznej i selekcji na otwarciu Nowego Wspaniałego Światu. Temat wydawałoby się samograj. Można się pobawić groteską, ironią, „porockendrollować” hipokryzją. Dehnel wybrał najgorzej: moralizatorstwo u Cioci Kloci. Ale to jeszcze ujdzie. Jest Dehnel dandysem-nudziarzem - cóż, zdarza się. Gorzej, a właściwie beznadziejnie jest wcześniej: gdy się Dehnel rozkręca. Najpierw historyjka-snobka, tj. coś a la Groński, ale już bez tego wdzięku. A potem czysta felietonowa katastrofa. Nie dość, że Krytyka Polityczna ma rzekomo wskrzeszać komunistyczną symbolikę w aurze „to jest seksy” (kto, do kurwy nędzy, poza Dziennikiem, używa jeszcze słowa: seksy), to w dodatku „seksy” jak pani komisarz w skórzanym płaszczu i dymiącym jeszcze naganem w ręku, recytująca Majakowskiego w przerwach między dyktowaniem dalekopisów z Ałma Aty. To ma być śmieszne. To ma być taki Dehnela żart. Ha, ha, ha per „towarzyszu” powiedziała „biurwa” do Korwina Mikke. Potem mała pochwałka: ferment intelektualny jest seksy (znowu), no i rzut erudycji. Zważywszy na nazwę ulicy, taka intertekstualna gierka sama się nasuwała – zakładam jednak, że komuś w redakcji „KP” zdarzyło się przeczytać książkę Huxleya i dowiedzieć się, że ten świat nie był znowu taki wspaniały. Ostatni raz taki rzut erudycji czytałem, gdy redaktor Gmyz orzekł, iż Michalski, dając tytuł: „Utracona cześć kataryny” nie czytał „Utraconej czci Kataryny Blum” No żesz na pewno, red. Springera, nie czytał, i nawet nie podejrzewa o czym to jest. Tylko on, Gmyz, taki spostrzegawczy. I oczytany. Zastanawiam się po co Polityka daje miejsce Dehnelowi, a tydzień wcześniej w tej samej rubryce (Kawiarnia Literacka) gościła „głębię” Witkowskiego? Skoro ma pod ręką starego, poczciwego Tyma? I choć łudzę się, że to metoda na Zanudziego, który opisując, jak to po festiwalach latał, sprawiał, że na tym jego, do zerzygania latającym, tle, jeszcze bardziej błyszczeć mógł Passent ze Stommą (i niepiszący już, niestety, Słojewski) – to podejrzewam, że Dehnel się po prostu Polityce podoba. W końcu, skoro stałą rubrykę ma Wojewódzki, to czemu nie Dehnel/Witkowski/czy ktoś tam jeszcze.
PS Gazeta sportowa chwilowo sięgnęła bruku, nie pisząc ani słowa o lidze hiszpańskiej, a jedynie wklejając wyniki z tabelą. I pomyśleć, że niedawno sami publikowali badania, z których wynika, że Barca i Real to najbardziej popularne, zachodnie kluby w Polsce. No, ale jak się ma w redakcji anglofilów i jednego od Seria A...
piątek, 05 lutego 2010
Duduś w pogoni za swoją Madame
Intuicja podpowiada, by nie wierzyć reklamom, nawet jeśli posługują się recenzjami. Ale cóż robić, skoro taaakie tuzy aż taaak wychwalają? Ano nic, po prostu nadal wierzyć intuicji; w końcu od czegoś ją mamy. Jednakże, parafrazując pewnego, kultowego Żyda: kto nie ryzykuje, ten nie je, więc może warto czasami spróbować, wszak zawsze można trafić na smaczny kąsek. Madame smaczna jednak nie jest. Owszem, słodka, lukrowana, ręcznie zdobiona francuską dedykacją, jak od Bliklego. Ciastko jednak staje w gardle wszystkim tym, którzy z lat 60tych nie pamiętają smacznych wuzetek, a jedynie śmietanę z cukrem smarowaną przez babkę na czerstwej pajdzie chleba. Na pewno kiedyś jedliście takie rarytasy i na pewno za nimi tęsknicie. Łatwo mnie przekupić monetą sentymentu, nostalgii, zwłaszcza za czymś, co, nie wiem, może ledwie parę lat temu wymknęło się z rąk i na oczach moich, i moich przyjaciół, kruszy się w dłoniach, rozpływa w powietrzu. Łatwo mnie przekupić nawrotem ku pamięci, dziecięcej mitologii, nawet jeśli, to oznaka całkowitej i bezwarunkowej kapitulacji przed „tu i teraz”. Ale Antonie Libera mnie nie przekupił. W opowieści opozycjonisty, który ukrywając się na strychu podczas stanu wojennego, wspomina czas matury i związaną z nią miłość do nauczycielki francuskiego, co w konsekwencji pchnie go do śledztwa i próby osaczenia owej, szkolnej madame, nie wynika nic, poza kilkoma anegdotami i niesmakiem w ustach. I właśnie ów stary-malutki, wielbiciel poezji, teatru, z bezbłędnym, konserwatywnym gustem, prychając na Simone de Beauvoir i mówiący wierszem, ma być bohaterem, któremu Język Madame, mający być zaletą owej dygresyjnej powieści (bo w pewnej mierze to też powieść dygresyjna) niestety nie odbiega od charakteru swego bohatera, co jednak w takim przypadku uznać by można nawet i za pewną konsekwencję. Zdania są ugrzecznione, uładzone, autor nie zostawia miejsca na wyobraźnie, myśli z filologiczną precyzją (tj. nudą) rozkładane są na czynniki pierwsze i tłumaczone tak, jakby czytelnika miało się za niepotrafiącego ogarnąć zwykłych związków przyczynowo-skutkowych. Do tego gazetowe zbitki słowne (jeśli riposta to cięta, jeśli ironia to jadowita, a jeśli wizja to oczywiście od razu koszmarna) poprzetykane są fachowymi terminami muzycznymi, które jeszcze dobitniej wskazują, na jakim to wysokim C śpiewa nasz złoty chłopiec. Tyle, że owe zdania zapięte na ostatni guzik, niczym nie różnią się od zdań pana Konstantego (wyciętego niemalże wprost z żurnala), czy samej Madame, więc wszyscy tu są tacy sami, w gruncie rzeczy, mili, uczynni, słowem, gdyby nie PRL to atmosfera jak w Zielonej Górze u dr Burskiego. Zresztą PRL też jakoś komicznie strachliwy, niby zło, które czai się wszędzie i państwo, co „wysuwa kły”, ale sekretarki w dziekanacie uczynne i rozplotkowane, zupełnie jakby żyły w maglu, a nie zniewolonym państwie, co zmusza Jerzyka do kapowania i krycia przemytu długopisów. Jeśli więc Stanisław Barańczak widzi tu społeczną satyrę i komiczną powieść polityczną, to chyba jako niezamierzoną autoparodię, gdzie rządom Gomułki mimowolnie oddano więcej pudru, niż szarzyzny i błota, w którego to brudzie, narrator widział beznadziejny, popaździernikowy PRL. Nie mniej jednak nie znaczy to, że Madame czyta się źle, że stylistycznie zgrzyta i znudzi każdego. Dla tych, którzy lubią niesamowite przeżycia chłopców z dobrych domów, co przeistaczają się w szlachetnych, konserwatywnych rycerzy, bo wiedzą, że kiedyś, to były czasy, a o kobiety i uczucie trzeba walczyć, jak u Racina albo Szekspira, Madame, ze swoimi cytatami, i kryptocytatami może się zdać urzekająca. Choćby właśnie ze względu na romantyczną grę, którą podejmuje z bardziej lub mniej oczytanym partnerem, wszak być może owym mitycznym, idealnym czytelnikiem tej książki, nie jest, jak z obecnym premierem i on po prostu nie wychował się na podwórku. Tylko od razu urodził się w bibliotece lub filharmonii. „Madame” Antoni Libera wyd. II, Znak 2008 Patrz też świetne http://niniwa2.cba.pl/madame.htm |